Moja mała niemiecka Wielkanoc.
Polskę podobno zasypało i można było lepić zające wielkanocne ze śniegu zamiast bałwanów. Nie zazdroszczę. Zima powinna być na Boże Narodzenie, a nie w środku lata - i u mnie przynajmniej ta druga część się zgadzała. Pomijając sporadyczne opady oraz gradobicia. Czyli mniej więcej trzy razy dziennie. Od lat nie przeżyłam tak typowego kwietnia!
W teatrze graliśmy codziennie, ale z racji, iż w piątek rano, a potem dopiero w sobotę wieczorem, mieliśmy z moim Niemcem możliwość wybrania się do jego rodziców. Po obiedzie przyjechali dziadkowie na kawę - wypiłam kubek herbaty, zjadłam kilka kawałków sernika i poszłam się schować do łóżka. Moje bóle pleców w zeszłym tygodniu były naprawdę nieznośne i w zasadzie każdą wolną chwilę przesypiałam. Tym razem z kocykiem elektrycznym, który jest jeszcze bardziej genialnym wynalazkiem niż termofor. Po dwóch dniach takiej kuracji stanęłam na nogach - zdatna do poruszania się.
Sobota była już ciekawsza. Zaliczyłam moje pierwsze szukanie prezentów schowanych przez zająca (znalazłam po minucie i byłam tak rozczarowana... Czemu, och, czemu moje dzieciństwo spędziłam w Polsce i to w dodatku w Małopolsce, gdzie zajęczej tradycji nie ma?...), a potem wybraliśmy się na krótki spacer przed obiadem. Dzień wcześniej się nie dało, znaczy ja nie dałam rady, bo plecy. Dzięki światłu, jakie w tych dniach kładło się na wszystkim, zapragnęłam domu nad Szprewą. Te okolice są piękne, spokojne... A latem można pływać po kanałach kajakiem. Wspaniałość! I z kilkoma ujęciami tego oddechu z dala od miasta i teatru Was zostawiam.
W teatrze graliśmy codziennie, ale z racji, iż w piątek rano, a potem dopiero w sobotę wieczorem, mieliśmy z moim Niemcem możliwość wybrania się do jego rodziców. Po obiedzie przyjechali dziadkowie na kawę - wypiłam kubek herbaty, zjadłam kilka kawałków sernika i poszłam się schować do łóżka. Moje bóle pleców w zeszłym tygodniu były naprawdę nieznośne i w zasadzie każdą wolną chwilę przesypiałam. Tym razem z kocykiem elektrycznym, który jest jeszcze bardziej genialnym wynalazkiem niż termofor. Po dwóch dniach takiej kuracji stanęłam na nogach - zdatna do poruszania się.
Sobota była już ciekawsza. Zaliczyłam moje pierwsze szukanie prezentów schowanych przez zająca (znalazłam po minucie i byłam tak rozczarowana... Czemu, och, czemu moje dzieciństwo spędziłam w Polsce i to w dodatku w Małopolsce, gdzie zajęczej tradycji nie ma?...), a potem wybraliśmy się na krótki spacer przed obiadem. Dzień wcześniej się nie dało, znaczy ja nie dałam rady, bo plecy. Dzięki światłu, jakie w tych dniach kładło się na wszystkim, zapragnęłam domu nad Szprewą. Te okolice są piękne, spokojne... A latem można pływać po kanałach kajakiem. Wspaniałość! I z kilkoma ujęciami tego oddechu z dala od miasta i teatru Was zostawiam.
Odrobina romantyzmu musi być! |



U mnie (Toruń) zawsze zając chował prezenty! I musiałam szukać. :D A jadłam, jak zwykle, białą kiełbasę, tłustą, z cebulą. Ciągle ją jem i jeszcze na 3 dni co najmniej jest.
OdpowiedzUsuńP.S. Ale sobie komentarze strzeliłaś! :D
Kurde, u nas to i takiej kiełbasy się nawet nie jadło! Mam wrażenie, że coś na tym południu straciłam :D.
OdpowiedzUsuńŁadne komentarze, nie? Blogosfera dla nich oszalała, a ja się w końcu przekonałam (choć ciężko było, oj, ciężko...).