O absurdalnej miłości do pewnych butów.
Dziś mam taki dzień, gdy pogrążam się trochę sama w sobie. Może to wina Rice, może Heleny Rubinstein, a może Dextera. Sama nie wiem, nie ma to znaczenia. Jednak uznałam, że nie ma lepszego momentu na krótką opowieść o butach, które pokochałam. Nie znoszę obuwia. Jestem dzieckiem lasu, które najchętniej biegałoby cały czas boso, na paluszkach. Co mi tam jakieś kapcie, klapki czy inne buty! Nie ma mowy, ja nie chcę (czasem i po Krakowie można było mnie zaobserwować hasającą boso, z butami w rękach i zerowym zainteresowaniem tym, co wypada ). Ewentualnie obcasy, bo one wymagają tego chodzenia na palcach, które i tak praktykuję w butach czy bez nich. Wtedy można mówić o jakiejś wygodzie. Obcas to jakieś rozwiązanie mojego odwiecznego problemu z nieumiejętnością chodzenia. Dla potwierdzenia - wszyscy mi mówią, że chodzę dziwnie. Kupowanie butów to już w ogóle jakieś skaranie boskie! Idę do sklepu z planem - potrzebuję takich a takich butów, które mi się podobają i kosztują trochę mni...