Posty

Co nieco o czymś.

Obraz
Miałam napisać podsumowanie roku 2011. Miałam. Taki był plan. Miałam obmyślony schemat. A przed chwilą pomyślałam, po co? Czy Was interesuje to, ile straciłam, ile zrozumiałam, ile się nauczyłam i ile osiągnęłam w tym roku? Bo gdy robię rachunek sumienia, myślę, że jestem taka mała, ale gdy porównuję się z innymi ludźmi, zauważam, że w ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy - ostatnie dwa są takie pełne spokoju i braku zmian - osiągnęłam tak wiele, że mogę być z siebie dumna. Drobne porażki, stres, ból i samotność po drodze nie mają tak wielkiego znaczenia. Bo w końcu zrozumiałam - albo znalazłam się na dobrej drodze do zrozumienia - że tak naprawdę to jeszcze nie koniec, życie się dopiero zaczyna i mam czas na podejmowanie decyzji i zamartwianie tym, że nagle odkryłam, iż tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia, czego od owego życia chcę. A może mam zbyt dokładne pojęcie, dlatego wiem, że tego nie osiągnę i muszę znaleźć wyjście awaryjne? Kto wie? Co przyniesie mi następny rok? Czy będzie...

I po świętach kotki sprzątają!

Obraz
Miałam rację, że wczoraj będzie lepiej niż przedwczoraj (jakkolwiek dziwnie by to zdanie nie zabrzmiało). Spotkałam się ze studentką, przyszłą studentką i byłą studentką na herbacie i było naprawdę fajnie, szkoda tylko, że tak krótko! Potem pojechałam do Z., gdzie spędziłam po raz kolejny miły czas przy domowej roboty nalewkach, które robi jej babcia, a ja szczerze uwielbiam. W busie zaś byłam świadkiem jak kierowca z jednym pasażerem obgadywał tę moją już nie przyjaciółkę, której nie poznaję z poprzedniego postu. Myślałam, że takie rzeczy dzieją się w filmach. Miałam ciekawy wgląd w sytuację od drugiej strony. Marzłam godzinę na przystanku, aż przyjechał mój bus. Do domu wróciłam poirytowana i z ogromną chęcią na croissanta śniadaniowego z McDonalda, niestety godzina nie ta. W zastępstwie zrobiłam sobie bardzo tłustą, bardzo serową i bardzo szynkową grzankę piekarnikową, która jest dokładnie tym, czego jeść nie powinnam, jeśli chcę doprowadzić mój żołądek do stanu przedstresowego...

Dzisiaj.

Miałam się spotkać ze starą przyjaciółką - okazało się, że przyjechała do mnie ledwie znajoma, której nie poznawałam. Czy to ta sama osoba? Miałam się dobrze bawić, dużo rozmawiać, wtłoczyć się w jej nowy rytm - znudziłam się, po raz trzeci obejrzałam "Pół żartem, pół serio" i niemal popłakałam się ze śmiechu, jednak zdecydowanie nie była to zasługa towarzystwa. Dowiedziałam się raptem trzech rzeczy, nie bez uczucia, że tak naprawdę nie mamy o czym rozmawiać. Dowiedziałam się między wierszami, że jestem nieznośna i ludzie nie wytrzymują w moim towarzystwie, ewentualnie się do mnie i moich zachowań "przyzwyczaili". Gdy wyszła, zdecydowanie wcześniej niż było zaplanowane, ucieszyłam się, co wywołało we mnie smutek. Na pocieszenie enty raz obejrzałam "Pana i panią Smith", dwa odcinki seriali, zjadłam jogurt, a wieczorem dobrałam się do mojego wielkiego granatu, którego pestki wydłubywałam 40 minut, aż miseczka była pełna. Bardzo kwaśny, bardzo aromaty...

Co dostałam?

Obraz
Muszę przyznać, że te święta były na bogato. I dość klasycznie, jak można zauważyć. Przy okazji seryjnie. Zdominowała je Marilyn Monroe - bardzo mocno. Album, książka, dwie części kolekcji filmowej (czyli w sumie sześć filmów), a do tego perfumetka (cóż za okropne słowo!) DKNY Be Delicious green, która jednak różni się zapachem od oryginału, jednak przy kontakcie ze skórą, po kilku minutach pachnie już jak należy. I dostałam również "Opowieści z Narnii" na DVD oraz towarzysza dla Kasi - Norberta. Jednak Kasi nie znacie, a Norbert nie załapał się do zdjęcia, więc pozostaje Wam wyobraźnia ;). Jestem baaardzo zadowolona z tych prezentów. Moja obsesja na punkcie MM rośnie i rośnie i wcale nie jest mi z tym źle! Choć już cała rodzina co chwilę pyta "Co ty masz z tą Marilyn Monroe?". Bzika mam, fascynację mam, i tyle. Ale muszę powiedzieć jedną dobrą rzecz o perfumetce - ma tylko 20 ml, dlatego bez problemu można ją nosić w torebce, nie to co butelkę normalnych perfu...

Outfit wigilijny.

Obraz
Diabeł tkwi w szczegółach, a samodzielne robienie zdjęć przy braku światła i z przeszkadzającym kotem jest bezsensowne. Sukienka, jak to zwykle bywa, o wiele lepiej wygląda na żywo niż na tym zdjęciu. I ja wyglądam w niej na żywo o niebo lepiej. Ale jest Wigilia, więc nie będę narzekać. Sukienka - Queen Lakier do paznokci - Essence nr 48 "Meet me now!" Szminka - Manhattan nr 57D Naszyjnik/kolczyki - ukradzione mamie

Merry Catmas!

Obraz
Deusz zawładnął choinką, gdy wczoraj wspólnie ją ubieraliśmy. Rozbite bombki można podziwiać na schodach, na korytarzu, w łazience i pod samą choinką. Ten kot czuje ducha świąt! A ja poczułam nerwicę, gdy widziałam, jak kradnie mi kolejne bombki. W tym roku choinka jest wyjątkowo niestaranna, ponieważ moich nerwów nie wystarczyło. Zdjęcie można oczywiście powiększyć. Życzę Wam, by koty Wam nerwów nie pozjadały, by Wasze święta były dokładnie takie, jak sobie wymarzycie. By Wasze życie było jak z pięknego snu. I tak prozaicznie - wszystkiego najlepszego! A ja może powoli zacznę się przygotowywać do wyjścia za pięć godzin i postaram się uspokoić Deusza, który uważa, że wszystko jest zabawką. Nawet wyciągnął skądś moją Perfumellę (tę cynamonową) i się nią bawił, dopóki się nie zgubił. Klamra do włosów, muszla znad morza... w wolnych chwilach nawet moje okulary. Jest taki kochany! I niemal równie denerwujący. Wracając jednak do tematu, najedzcie się dzisiaj, bo dzisiaj nic nie tuczy!

OkołoDEUSZowo.

Ten kot to jakiś diabeł! Biega po wszystkich powierzchniach w domu (włączając w to Wunderkinda), zwala różne rzeczy i chowa w dziwnych miejscach (np. ciężko znaleźć w domu jakiś długopis, wszystkie zaginęły, a mój pendrive nagle znalazł się w kuchni, choć podejrzewam, że nigdy wcześniej go tam nie było). Wszystkie reklamówki w moim pokoju znalazły się na jego środku (dobry powód, by wziąć się za porządki), jedna książka straciła okładkę (nawet nie wiedziałam, że taką mam). Muszę jednak zauważyć, że czuje dziwną niechęć do pachnącej piany, nie znosi cytryny i imbiru, a gdy położę się spać, grzecznie podąża za mną, kładzie mi się za głową, głośno mruczy i grzebie mi łapkami we włosach (oho, właśnie się dobiera do mojego długopisu Parkera). To naprawdę kochany Deusz kudłaty, ale choć jestem w domu dopiero od wczoraj, już udało mu się wyprowadzić mnie kilka razy z równowagi. Nie wiem, czy to on doprowadził do mojego bólu głowy. Wiem jedynie, że kąpiel z pachnącą solą była naprawdę przy...

Najszczęśliwsza osoba na świecie.

Obraz
Tak, tak, to ja! Jestem tak szczęśliwa, bo: - muszę jutro wstać o godzinie piątej rano, - przez cztery godziny będę siedzieć z bólem głowy w autobusie, - będę stała w kolejce na dworcu PKP w Poznaniu, - spędzę siedem godzin w pociągach w pozycji zapewne stojącej... Czyli... Jutro wieczorem będę w domu! Serdecznie dziękuję wszystkim wykładowcom, którzy byli tak mili, że z różnorakich powodów nie mogą stawić się na zajęciach. Tak się cieszę na tę męczącą i długą podróż przez całą Polskę, że najchętniej uściskałabym cały świat!

Weihnachtsmarkt - Berlin Alexanderplatz

Obraz
Wczoraj miałam tak naprawdę ostatnią szansę (ponieważ nie przepadam za męczeniem się w niedzielę - chcę mieć trochę czasu i energii, które poświęcę na psychicznym nastawianiu się na nadchodzący tydzień), żeby zrobić planowany post o Weihnachtsmarktcie. Początkowy plan był taki, by porównać dwa berlińskie (Alexanderplatz i o wiele mniejszy Potsdamer Platz) oraz ten we Frankfurcie, jednak wróciłam z Berlina na tyle późno, że nie mogłam zrobić zdjęć tego cudownego maleństwa u mnie. Został więc Alexanderplatz. Tak naprawdę są dwa - jeden mały - pomiędzy zegarem a Saturnem, i ten duży, za Alexą, gdzie ludzi jest tyle, co mrówków (kto tak mówił?), atrakcji również wiele, a jedzenia... no, mniej niż na tym małym. W tym tłumie ciężko nawet poczuć te świąteczne niemieckie zapachy, które towarzyszą we Frankfurcie od samego skrzyżowania, niczym znak naprowadzający na jedzenie . Bo czym pachnie Weihnachtsmarkt? Czekoladą. Winem. Kiełbaskami. Owoce w czekoladzie. Jabłka w karmelu. Glühwein, Glüh...

Wyniki konkursu świątecznego!

Kochani! Zgodnie z zapowiedziami ogłaszam dziś wyniki. Zgłoszeń było bardzo mało, ale za to każdy mi opowiedział coś o swoim przeżywaniu świąt, co było piękne. Nie było osoby, ktora by się zgłosiła bez wypowiedzi, dlatego nie losowałam, ale wybrałam odpowiedź najbardziej bliską mojemu sercu, dlatego z największą przyjemnością ogłaszam, iż zwyciężyła... Magda Proszę o podanie adresu najpóźniej dwudziestego grudnia. A ja dzisiaj poświęcę się w pełni mojemu bardzo leniwemu dniu z książką, którą kocham z każdą stroną coraz bardziej. To "Przynęta" Somozy.

Jak nie PKP to uczelnia...

Obraz
Gdybym miała możliwość zmienienia w Polsce jednej jedynej rzeczy, to wcale nie zmieniłabym rządu, podatków czy mentalności, tylko pociągi! Nie zmieniłabym nawet płacy minimalnej, wysokości świadczeń socjalnych. Zorganizowałabym sobie po prostu dogodne połączenia ze Słubic do Krakowa i do Warszawy. Naprawdę niczego więcej nie pragnę w takich okresach jak ten. Dzisiaj, po półtorej godzinnym chodzeniu po Frankfurcie, odebrałam maila, że przesunęli nam szkolenie o prawach autorskich. W ramach cieszenia się, zaczęłam szukać innego dojazdu. Niestety czekanie osiem godzin w Zielonej Górze na pociąg do Krakowa zupełnie mnie nie interesuje. Przerzuciłam się w końcu na stary, dobry Poznań. Przez Warszawę lub bezpośredni. Przez Warszawę jedzie dwie godziny krócej, a i tak godzinę i jedenaście minut czekam na przesiadkę. Hmm. Zdaję sobie sprawę, że przestoję te wszystkie godziny w pociągu, bez względu na to, którym pojadę. I rozważam - pojadę przez Warszawę, przy odrobinie szczęścia spotkam się ...

Skomplikowane.

Obraz
Pewne rzeczy są skomplikowane. Trudne do wykonania, czasem niemożliwe. Zwykle podstawowym problemem jest blokada psychiczna, krzyk gdzieś głęboko w Tobie: Nie chcę! A muszę. Niebezpieczna decyzja do podjęcia. I nie, wcale nie zamierzam się donikąd włamywać, choć zdecydowanie byłoby co ukraść. Oryginalny "Hołd pruski" Matejki, obrazy Wróblewskiego, tkana "Bitwa pod Grunwaldem", skarb śremski... A może jednak rozważę kradzież? To nie powinno być trudne, wystarczy pozbyć się ochroniarzy stojących na każdym rogu, wyłączyć zabezpieczenia, pozbyć się kamer (których swoją drogą nie zauważyłam, ale na pewno jakieś są) i wyjść stamtąd z tym gigantycznym płótnem żywa i niepodejrzana. Bułka z masłem. Jednak zanim podejmę decyzję o włamaniu, napiszę tę przeklętą recenzję na zajęcia... Jeśli do dziewiątego stycznia będziecie w Berlinie, polecam Wam wybranie się na tę wystawę. Jest naprawdę interesująca. Chętnie poszłabym jeszcze raz, spędziła więcej czasu i dokładniej...

Kolczyki świąteczne.

Obraz
Moje koralikowe zamówienie przyszło akurat na dwa dni przed wyjazdem do Warszawy, więc w ramach radości, że mam nowe zabawki, postanowiłam zrobić dla mnie i dla Gii świąteczne kolczyki, w świątecznych barwach - czerwieni i zieleni. Trochę ciężkie, ale mi się bardzo podobają i, o dziwo, Gii też, choć miałam obawy. Na szczęście niepotrzebne. Chce ktoś takie? Zostało mi jeszcze koralików na dwie pary. Zapraszam również na konkurs u TINY , w którym można wygrać magnoliowy zestaw do rąk. I przypominam o trwającym konkursie u mnie !

Nowy Froop!

Obraz
Jeśli się w czymś zakocham, wypróbuję tego wszystkie smaki, rodzaje i inne. Tak jest z Milką (próbuję każdej czekolady, jaką wypuszczą, szczególnie tych z edycji limitowanych - raz nie spróbowałam arbuzowej i do tej pory mam wyrzuty sumienia), produktami Kinder, Frugo, mnóstwem innych rzeczy i... Froopem. Muszę powiedzieć, że w Niemczech jest tańszy niż w Polsce, co mnie bardzo cieszy. Zresztą w sklepie obok akademików już go nie mają, nie wiem czemu. Wystarczy jednak przejść przez most i iść do Kauflandu, a tam jest wszystko. I znalazłam Froopa o nazwie Zimowy Czar. Lubię jabłka. Lubię cynamon. Nie znoszę jabłek z cynamonem. A to... mi smakowało! Tfu, smakuje nadal, bo jestem w trakcie konsumpcji. Może dlatego, że pieczone jabłka słabo czuć, a smak cynamonu jest zabijany przez anyż. Nie wiem, ale jeśli jest w Polsce dostępny (bo o tym nie wiem, ale jeśli jest, dajcie mi znać), to spróbujcie. Ja już zaczynam ubolewać, że zima się niedługo skończy i go nie będzie. Nie zapomnijcie...

Mikołaj u innych.

Obraz
http://cforcraving.blogspot.com/2011/12/mikoaj-rozdaje-prezenty-grudniowy.html

Miasta, które pokochałam.

Obraz
Pamiętam czas w dzieciństwie, gdy uczniowie większości szkół w Polsce byli przynajmniej raz na wycieczce w Warszawie. Moja podstawówka o tym nie pomyślała (za to było kilka do Krakowa). Gimnazjum również (dotarliśmy na dwie godziny do Wrocławia, gdzie spotkałam się z koleżanką z blogów). W liceum mieliśmy jechać na Upiora w operze, ale zrezygnowaliśmy w związku z kosztami. Warszawa zawsze siedziała u mnie pod skórą i czekała na moment, aż się spotkamy. I nastąpiło to. Pierwszy raz - koncert Tokio Hotel na Torwarze. Ciężko mi mówić w tym wypadku o poznaniu Stolicy, ponieważ samochód zawiózł mnie prosto pod halę i zaraz po koncercie z niej zabrał. Tyle zostało mi z Warszawy. Później, w czerwcu, pojechałam po raz pierwszy, by być w Warszawie, a nie, by coś załatwić. I od tej pory Warszawa jest umieszczona w moim kalendarzu przynajmniej raz do roku (w samym styczniu byłam dwa razy... chyba trochę przesadziłam). Nie lubię tego miasta, ale mam ogromny sentyment i wbrew sobie samej czuję, ż...

Cheers.

Nie baczcie na tytuł. Fajnie brzmi. Tyle z jego znaczenia w kontekście dzisiejszego posta. Przyszłam tutaj, by Wam powiedzieć, że w Warszawie są wilkołaki i złe wiedźmy! Opowiem Wam o tym, gdy wrócę do akademika, czyli chwilę to zajmie, niestety. Jutro rano wyjeżdżam, niestety. Jestem i będę zmęczona, niestety. I te trzy godziny w Poznaniu, niestety! Opowiem Wam parę dziwnych historyjek, a Wy póki co pamiętajcie o konkursie świątecznym w poprzednim poście . Brakuje mi przytomności umysłu, a na domiar złego się przeziębiłam. I aktualnie pozbycie się kataru jest moim największym życiowym marzeniem.

Konkurs świąteczny!

Obraz
Niedawno, przy okazji kolczyków, o nim wspomniałam. I nadszedł ten czas, wraz z pierwszym dniem świątecznego miesiąca, gdy wszyscy myślą tylko o Mikołajach, choinkach, jedzeniu, prezentach... i pieniądzach, które na to wszystko pójdą. Nie jestem wyjątkiem, pracuję nad strategią związaną z finansami, już wiem, co komu kupię na prezent i wiem też, co sama dostanę. Święta! Uwielbiam ten czas, choć jestem ateistką. Lubię jednak to tradycyjne, ościste jedzenie (ach, ten karp, za którym tęsknię cały rok!), zimny kompot z suszek, świecącą w ciemności choinkę, opłatki [pożerać, mama zawsze musi kupić ich więcej] i prezenty. A potem nadchodzi mój ulubiony dzień w roku - Sylwester! Ulubiony, bo ostatni. W związku z tym cudownym czasem mam dla Was mały konkurs-niespodziankę , która znajduje się w pudełku na zdjęciu. Będzie to coś dla ciała i dla duszy . Jedna rzecz została już zdradzona w pewnym poście, ale reszta pozostanie tajemnicą aż do końca. To naprawdę drobiazgi, ale zawsze wychodzę z za...

Porannie.

Obraz
Obudziłam się dwadzieścia minut przed budzikiem. Jasno. To już mnie zdziwiło. Cicho. Po tym wietrznym weekendzie i nieustannym stukaniu nie mogłam się otrząsnąć ze zdumienia. Jeść. Przeglądam blogi. Babeczka z taaaaaką ilością kremu. I choć wiem, że pewnie umarłabym z przesłodzenia, moim marzeniem na dzisiaj jest właśnie taka babeczka (a może taki właśnie krem). Wstaję. Herbata truskawkowo-waniliowa (i w głowie głos mojego byłego, który mówi mi, że to "nie herbata, to napar"). Ignoruję i myślę co na śniadanie. Wsadzam rękę do szuflady i postanawiam na ślepo wybrać jakąś czekoladę (a przecież nie mam ochoty na czekoladę). Milka Daim (i tak są w niej tylko Milki). Cóż, otworzę, zjem, później się może nawet ubiorę. Mam jeszcze dwie godziny do wyjścia. A na poprawę nastroju wezmę ze sobą Palahniuka. Zaś na zakończenie Weihnachtsmarkt. Taki plan. Mi się podoba. Słońce świeci. Chyba muszę iść na zakupy.

Kolczyki.

Obraz
Pierścionków nie noszę, ponieważ uważam ich nadmiar za nieestetyczny, a o zakładaniu pojedynczych ciągle zapominam. Na szyi mam zawsze ten sam srebrny łańcuszek z przywiezionym prosto z Egiptu krzyżem ankh (i cokolwiek ktoś mówi o pewnych szkodliwych właściwościach, nie sprawdza się w mojej sytuacji). Bransoletki mnie po prostu denerwują (choć ostatnio noszę zegarek). Za to kolczyki są moją ulubioną biżuterią. Może nie noszę ich codziennie, ale dość często. Im większe, tym lepsze (spod mojej czupryny lepiej widać), choć czasem lubię też jakieś małe kropelki w uszach, które widać w rzadkich sytuacjach. Uwielbiam kolczyki. Zdecydowanie. Pomysł z samodzielnym robieniem świtał mi w głowie od dawna, ale zawsze szkoda mi było pieniędzy na zakup tych wszystkich bigli, koralików i innych. Dopiero Gia mnie przekonała, bym spróbowała. Zamówiłam więc w Internecie zestaw do robienia, niezbyt drogi, by sprawdzić, czy mi się to spodoba. I tak to się zaczęło (zawsze kojarzą mi się te słowa z Gumis...

Deusz.

Obraz
Chcę dzisiaj zacząć od tego (najchętniej napisałabym "chciałabym", jednak w jakiś badaniach - żebym ja jeszcze pamiętała... - wyszło, że kobiety częściej używają trybu przypuszczającego, co mnie zdemotywowało do robienia tego samego), że jestem bardzo przewidywalna. Wiedziałam, że nie dam tego postu, jeśli wcześniej wyraźnie nie napiszę, że będzie dziś i koniec kropka. I choć mam milion zajęć, robię to, bo obiecałam i muszę, a obietnic dotrzymuję. Choć zapewne nikt nie ścigałby mnie z siekierą po całej Europie za to, że nie opublikowałam posta o moim kocie. Tak naprawdę ciężko mi zlokalizować moment, w którym (i przez kogo) zapadła decyzja, że ten kot wyląduje w moim domu. Kot miał być, w wakacje, ze schroniska, jednak zamieszanie związane z moim wyjazdem na drugi koniec świata sprawiło, że kot tracił sens, bo kto by się nim opiekował? Mamy nie było wtedy w domu, a ja miałam zaraz wyjechać. Zaś w akademikach kotów [teoretycznie] trzymać nie wolno. Cóż. Nie ma kota. Pogod...

Kupa!

Obraz
Wyrzuty sumienia wylewają się ze mnie falami, ponieważ mam w głowie spłodzone trzy posty, a wciąż nie mogę się za nie zabrać. Bo brak czasu, bo jestem zmęczona bo coś tam, bo brak czasu, bo coś tam, bo brak... bo coś. I tak brakujemy, bojujemy i cośujemy, a kupa z tego wychodzi. Zresztą rozmawiałam wczoraj z mamą przez telefon i powiedziałam, że nie poszłam na zajęcia, bo wyglądam jak kupa . Mama przez chwilę się zastanawiała, czy dobrze usłyszała, a ja jej mówię: "Przecież ciągle ostatnio mówię, że wyglądam jak kupa, więc jaki masz problem?". Wyszło na to, że nie miała żadnego. A ja w ramach programu mobilizacyjnego robię zapowiedź kolejnego postu. Bo jeśli ją zrobię, to wiem, że ten post się pojawi. Dzisiaj . Oto kudłata zapowiedź: Ja teraz założę grzecznie buty (te, które zakłada się łatwiej i mają węższy obcas, bo jestem dziś leniwa) i wyjdę na zajęcia, przy okazji dowiem się, w którym sklepie jest tańszy czajnik. Bo chcę herbatę, a w tych warunkach się jej zrobić ni...

Powroty.

Znów w akademiku. Z milionem wrażeń po weekendzie - niekoniecznie pozytywnych. Z bólem głowy po całkowicie nieprzespanej nocy. Z przeczytanymi w pociągu 536 stronami na 857 nowego Kinga. Z nieopisanym głodem i poczuciem nieświeżości. I ze wspomnieniem Poznania o trzeciej nad ranem, gdy wysiadłam z pociągu i, widząc jakąś świecącą na niebiesko wieżę, zaczęłam się zastanawiać, co do diabła Wieża Eiffla robi w Poznaniu/co ja do diabła robię w Paryżu. Przywitały mnie trzy książki. A ja nareszcie mam ze sobą słownik do francuskiego i brak wymówek, by unikać nauki. Powinnam iść spać, ale jestem tak zmęczona, że aż mi się nie chce.

Ja i moja BFF.

Obraz
Powiedziałam, że wstawię to zdjęcie, choćby było nie wiem jak paskudne. Obie wyszłyśmy dziwnie, z dziwnymi minami, a ja dodatkowo z wytrzeszczem oczu. Ale nieważne! Zdjęcie jest i będzie. Poza tym warto uwiecznić na blogu najlepsze dwadzieścia minut mojego wczorajszego dnia.

Z czym się wiąże brak szacunku. Tytułu nie traktujcie poważnie, ponieważ wszyscy każą mi traktować niepoważnie te objawy.

Moja babcia twierdzi, że nie mam szacunku dla mamy i pieniędzy, bo ciągle przyjeżdżam do domu, a to kosztuje. Zgodnie z jej zapowiedziami po dwóch i pół tygodniach od mojego ostatniego pobytu - w piątek ruszam w trasę przez całą Polskę i wracam do domu. Może tylko na parę dni, ale czuję, że tego potrzebuję (nie tylko ja, ale moje pranie również, ponieważ wciąż nie odważyłam się na samodzielne pranie w akademiku...). Powstał również schematyczny plan działania na niedzielę. Ciekawe, jak się rozwinie i czy coś z niego wyniknie, ale na razie mówi on, że wybieram się na ściankę wspinaczkową. Po raz pierwszy. A od tak dawna chciałam! Niech tylko to głupie stypendium już przyjdzie! Powinno być dziś, a nie ma.

Martwa natura z wędzidłem.

Obraz
Persymona, kaki, sharon, jabłko orientu. Jeszcze hurma, ale tej nazwy w Polsce się nie używa. Jeden z moich ulubionych owoców i symbol doskonałych świąt. Pomarańczowa, choć nie znoszę tego koloru. Jesienna, bo to moja pora roku. I słodka. Bardzo słodka. Wręcz rozkosznie. Szkoda, że nie ma jeszcze śniegu. Bardzo chciałabym zobaczyć persymonę w śniegu.

Myśli nieuczesane.

Kolejny długi weekend zaczęłam sobie trochę wcześniej, niż powinnam. Teraz powinnam być na zajęciach (i to akurat jednych z tych, które lubię), jednak czuję się ostatnio bardziej zmęczona, zniechęcona i w dodatku boli mnie głowa. Na szczęście parę rzeczy mogło mi poprawić dzisiaj humor (i w niektórych przypadkach jednocześnie pogorszyć). Zakupy. Kupiłam sobie żel do mycia twarzy za prawie dwadzieścia euro. Następnym razem powinnam dwa razy walnąć głową w ścianę, zanim wydam tyle pieniędzy. Mandarynki! Podejrzewam, że raczej zaszkodzą mojemu zdrowiu, niż pomogą. A później przyszły mi cztery książki, przy czym się zastanawiam, kiedy je przeczytam. Mam ogromną ochotę na jakieś anime, ale mam tylko jedno pełnometrażowe, na które od paru miesięcy nie wiem, czy mam ochotę. Dlatego powoli zaczynam sprzątać sobie na dysku. A może nie dlatego. Raczej z jakiegoś powodu, który nie jest bliżej określony. Chyba jednak zdecyduję się na jakieś tabletki przeciwbólowe, bo jestem nie do zniesienia...

Outfit-Berlin i Berlin.

Obraz
Był plan. Początkowo głosił on, iż do Berlina jadę w sobotę, ale pewne warunki nie zostały spełnione, więc nie pojechałam (co w ostatecznym rozrachunku okazało się zrządzeniem losu, jednakże nie jest to w tej chwili ani odrobinę istotne). Kolejny punkt - wtorek. Jeśli nie sobota, to wtorek z całą pewnością. Także wstałam o godzinie wczesnej jak na wolny dzień i jeszcze przed godziną jedenastą wyjechałam, a gdy tylko słońce osiągnęło najwyższą pozycję na niebie, ja już wysiadałam na Alexanderplatz i stanęłam naprzeciwko Wieży Telewizyjnej. Wieża Telewizyjna Obok niej jest coś, co postronny obserwator mógłby nazwać malutkim parkiem - czym to jest w rzeczywistości, nie wiem - a tam na chodniku był ułożony ładny dywan z liści, jednak nadleciały gołębie, które rozwiały wszystko. Wyglądało to naprawdę cudownie, jednak za nic nie zdążyłabym wyjąć aparatu, by to nagrać (zdjęcie by tego na pewno nie oddało). Moim kolejnym krokiem była Alexa. Spędziłam tam bardzo mało czasu, najwięcej w ...