piątek, 1 czerwca 2012

Urodzinowo - część trzecia. Prezenty część pierwsza.

Lubię się chwalić. Szczególnie że w te urodziny "dorobiłam się" wielu naprawdę świetnych rzeczy, jednak chciałam poczekać, aż będę mieć wszystkie w rękach. Niestety nie jest to takie proste. Mama jest w trakcie kupowania, jedna książka czeka u I., kolejny prezent jest na biurku u mojej przyjaciółki, a jeszcze jeden robi dla mnie jej siostra. Możliwe, że o czymś zdołałam zapomnieć. Sama nie wiem. Jednak uzupełnię brakujące prezenty, gdy nadejdą (mówię tylko o tych, które wiem, że na mnie czekają). Moje dwudzieste pierwsze urodziny to sukces pod każdym względem. I już nawet nie myślę, że zostałam tak hojnie obdarzona materialnie. To skutek uboczny. Skupiam się na tym, że spędziłam je najlepiej ze wszystkich lat mojego życia. Chyba nigdy nie byłam tak zadowolona z tego, że się starzeję.

Pragnę także zauważyć, że moja córeczka zna mnie naprawdę dobrze. To ona wpadła na pomysł kupienia olbrzymiej torebki na prezenty z Marilyn Monroe, a laurka (czy mogę tak to nazwać? Czy może to karta urodzinowa?) także wywołała we mnie ogromne poruszenie.

I choć opowiadałam o celebracji moich urodzin dość długo, to prezenty zdecydowanie zasługują na osobną historię. Bo są genialne i grzechu warte.

Wspomniana już laurka i - jakże by inaczej - dużo i jeszcze trochę herbaty. Z Iced Tea się jeszcze zbyt dobrze nie zaprzyjaźniłam, za to Oolonga i Indian Jasmine Pearls piję cały czas. Są pyszne.
Teraz trochę kosmetycznie - czerwony, brokatowy płyn do kąpieli (fajnie pachnie, robi pianę, ale woda nie jest ani czerwona, ani brokatowa - szkoda!) i Missha Perfect Cover BB Cream #13. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że go nie dostanę, bo powiedziałam, co chcę, na dwa dni przed urodzinami. Jednak wszystko się może zdarzyć!
Wspomniana torebka z MM, "Mumia" Anne Rice (mój różowy Kotek wybierała, bo ja nie potrafiłam podjąć decyzji, jaką książkę chcę), biała czekolada z orzechami (już dawno nie istnieje...), waniliowa świeczka i pluszowy tygrys, który został w domu.
Miseczka i kubek od V. Przy okazji się uśmiałam, bo zieloną (choć inną) miskę sama kupiłam sobie kilka dni wcześniej.
Biała Milka i cudowny żel pod prysznic o zapachu kokosa i jaśminu. Zakochałam się w tym zapachu. Całkowicie. Dawno żaden żel nie sprawił, że używam go z tak wielką przyjemnością. Co do tej części prezentu, ofiarodawca - na stwierdzenie V., że nieźle trafił - odparł: Skoro ona cały czas gada, trudno nie trafić.
A ja do tej pory się z tego śmieję. I przynajmniej wiem, że choć czasem ktoś słucha tego, co mam do powiedzenia. V. - daruj sobie komentarz w tej kwestii ;).
Moja szminka Yves Saint Laurent. Nie jest ważne, że zapłaciłam za nią 30,95 euro. Nie jest ważne, że sama ją sobie sprezentowałam. Nie jest ważne, że mogę się chwalić całemu światu, że ją mam. Nic z tego nie jest ważne. Ważne jest to, że spełniłam swoje małe marzenie, które miałam od dwóch lat. I choć nie doszłam z nią jeszcze do porozumienia, jestem bardzo zadowolona. Obok stoi żel, którego próbkę dostałam w Douglasie. Pragnę zaznaczyć, że jest beznadziejny, ma beznadziejny skład i niemiłosiernie mnie zatkał - od Annayake radzę się trzymać z daleka. Miałam dwie próbki, jedną unicestwiłam, druga czeka... sama nie wiem na co. Chce ktoś? Oddam dobrowolnie.
To jest część prezentu, która wywołuje motyle w brzuchu. Gruuba, wieeelka biografia Marilyn Monroe (jedyna porządna z tego co czytałam) Donalda Spoto. Nie wiem, kiedy ją przeczytam, ale wkrótce zamierzam się za nią zabrać. Siedemset stron. Po angielsku. Umrę chyba, zanim dotrę do końca.
I "The Night Season" Chelsea Cain, czyli ostatni tom mojej kochanej serii o seryjnej morderczyni - Gretchen Lowell. Dwa tomy wydane w Polsce, trzeci, który także czytałam (zdesperowana!) w oryginale i teraz czwarty w moich rękach - wystarczyło mi tylko otworzyć książkę w dowolnym miejscu i już poczułam się cudownie i swojsko. I się wzruszyłam. Gia cudownie podsumowała moje zbiory prezentów. MM i Gretchen - mniam!
Swoją drogą dostanę też książkę o Dexterze "Dexter. Taki sympatyczny morderca" - i to właśnie ona czeka na mnie u I.

Marilyn Monroe, mordercy i rozpusta. Tak można podsumować moje dwudzieste pierwsze urodziny.
"I don't want to make money, I just want to be wonderful."
And I want you - my dear Marilyn. Happy Birthday. I hope, you are happy wherever you are right now.

wtorek, 29 maja 2012

Kudłatość zaawansowana. I konkurs.

Gdy wróciłam do domu i zobaczyłam Deusza, wykrzyknęłam od razu: Kudłatość zaawansowana! Wciąż jest najkudłatszy (i w ogóle cały naj), ale kudłatość się zrobiła bardziej dojrzała. Choć wciąż jest małym dzieckiem, które głośniej miauczy i mniej gryzie. O czym świadczy fakt, iż wróciłam niespecjalnie poturbowana i mogłam się pokazać publicznie bez chowania ran wojennych pod ubraniami. Może wciąż nie dawał mi w nocy spać (to mrrrrruczenie) i uwielbiał się kłaść na klawiaturze i na mojej szyi tak, że nie byłam w stanie ni to czytać, ni patrzeć w ekran. Wciąż kochany. I wciąż bardzo kudłaty.

I oczywiście wciąż nie dawał sobie robić zdjęć w sytuacji innej niż w trakcie snu.

Dziś nie piszę wiele. Bo od moich zachwytów może zemdlić. Tak jak moją mamę.

- Mamooo, Deusz potrafi jednocześnie mruczeć i miauczeć!

Popatrzyła na mnie tak wymownie, że już nawet nie wnikałam.
Chcę wrócić do mojej przytulanki.





Gdzie jest głowa?











I konkurs, choć nie u mnie. Do wygrania Lush, Nars itd.:



piątek, 25 maja 2012

James Cook Album Release Party @ HBC Berlin

Wczoraj pojechałyśmy z V. na wydarzenie, którego nazwę możecie dostrzec w tytule postu. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Nasze wycieczki do Berlina bywają naprawdę zabawne (choć ta była też irytująca - a raczej ja byłam irytująca).

Zaczęło się od tego, że chciałam wypłacić pieniądze, przy czym bankomat na Alexanderplatz nie obsługiwał mojej karty. Wiedziałam jednak, że na Unter den Linden jest należący do mojego banku. Ba, uważałam, że jest "na początku Unter den Linden", więc poszłyśmy. Przy czym okazało się, że doszłyśmy praktycznie do Friedrichstr. Tam wsiadłyśmy w S-Bahn i wróciłyśmy na Alexę. I zaczęłyśmy szukać HBC. Trochę nam to zajęło (nie wspominając o chrupkach, butach, coli i ciasteczkach, bo to mogłoby wywołać trzecią wojnę światową), ale i nie rozwiązało naszych problemów, bo znalezienie wejścia do budynku trwało kolejne piętnaście minut, a później analiza - którędy, dokąd, jak. Gdy znalazłyśmy, okazało się, że jest opóźnienie (co mnie nie dziwi).

Siedziałyśmy więc i czekałyśmy na rozpoczęcie. Jednak zdecydowałyśmy się iść czegoś napić. Ja chciałam cosmopolitana. Sam proces zamawiania przebiegł zabawnie, ponieważ obsługa widziała, że jesteśmy razem. Ja zamówiłam po angielsku, V. po niemiecku, po czym przy zapłacie barman zapytał, czy płacimy razem czy osobno (po niemiecku), a ja (także po niemiecku) odpowiadam, że osobno. Jego mina była bezcenna.

Ale drink nie był wart tych 8,50 euro. To nawet nie był cosmopolitan, to była wódka w ogromnych ilościach z sokiem grejpfrutowym. Nie wypiłam do końca, bo nie lubię czegoś takiego, jestem wciąż wściekła i oficjalnie uważam, że to najgorzej wydane 8,50 euro w moim życiu. A najgorzej wydanym 5 euro była przejażdżka diabelskim młynem na Weihnachtsmarktcie. Od razu znielubiłam HBC.

Sam koncert... Support (ten męski - La Horse) był naprawdę fajny. Drugi (żeński - Local Girl) śmieszny i momentami niezdatny do słuchania. Artysta wieczoru, czyli James Cook... V., jako muzyk, stwierdziła, że grał z półplaybacku. Wierzę jej na słowo, ale czegokolwiek by nie robił, był gorszy od supportu (męskiego).

Do opowiadania byłoby znacznie więcej, ale staram się nie być marudna. Za to coś nagrałam i możecie podziwiać i udawać, że rozumiecie mój ból związany z niedobrym i cholernie drogim drinkiem. Na szczęście za parę dni będzie nowy miesiąc i nie będę sobie zawracała głowy majowymi wydatkami. Jako przykładnej studentce zostało mi półtora euro do końca miesiąca.
Polowanie na cosmopolitana czas zacząć. Czas także zacząć pierwsze dni wolne w maju.

czwartek, 24 maja 2012

Mam wrażenie...

...że nigdy tak bardzo nie byłam pozbawiona czasu wolnego, jak w tym miesiącu.
Zapowiada się jednak wolny weekend. Zakrawa to niemal na cud.

niedziela, 20 maja 2012

Urodzinowo - część druga. Berlin, Ishin, Kudamm i przegapiony moment.

Wczoraj nastąpił ten moment, w którym już mam mało wymówek od bycia dorosłą (jest jakiś kraj, w którym pełnoletność osiąga się później niż po 21. roku życia?). Nastąpił on na moim ulubionym dworcu w Berlinie, czyli na Friedrichstr., choć minął trochę niezauważony. Ta całodniowa otoczka sprawiła, że właśnie o godzinie, o której się obudziłam, zdołałam zapomnieć i stała się najmniej istotnym punktem w całym dniu. Jakby się zastanowić, ma to jakiś sens.

Muszę przyznać, że to najlepsze urodziny w moim życiu. I nie dlatego, że świętowałam je ponad tydzień (i mam wrażenie, że dziś też poniekąd to robię), ale dlatego, że nikt nie zdołał ich spieprzyć w żadnym momencie (dwa dni przed rozpoczęciem celebracji się nie liczą). Spędziłam wczoraj cudownie miły dzień, włócząc się w najróżowszych po Berlinie. Na Kudammie jednak już nie byłam w stanie iść dalej. Na szczęście rozsądek górą. Bo co noszą kobiety w torebce (oprócz wszystkiego)? Buty!

Tak dobrze się czułam, że nawet niespecjalnie miałam ochotę na robienie zdjęć. Poczucie obowiązku kazało mi zrobić ich przynajmniej kilka, żeby było co wrzucić na bloga.

Teraz jednak po kolei:
Mój sake don z Ishin na Mittelstr. Taki, śliczny, taki smaczny, taki sycący. Dotarliśmy tam po mrożonym jogurcie w Alexie i spacerku po Saturnie na Alexanderplatz. Na deser wzięłam sobie warabi mochi, którego już nie dałam rady zjeść do końca. Takie zabawne galaretki... wciąż ich nie ogarniam.
I V. się nabijała, że oczywiście, że robię zdjęcie mojemu jedzeniu i zaraz wrzucę je na Facebooka i Koffera. Na Facebooka generalnie mało co wrzucam, ale Koffer to co innego! Jedzenie musi być!
Niedźwiedzie na Kudammie. Momentami się zastanawiam, jakim cudem udało nam się dojść do celu, bo ta ulica jest okropnie długa, numerację próbowałam pojąć przez dłuższą chwilę, a ja i najróżowsze nie byliśmy specjalnie w stanie się dalej poruszać. Miśki za to bardzo mi się spodobały. Tak samo jak Kudamm. Muszę kiedyś zabrać się za poznawanie Berlina, bo robię to bardzo po macoszemu. Nie mogę się doczekać, aż pokonam własne lenistwo.
Celem była herbaciarnia. Znana Berlińczykom od pokoleń, blablabla. Trzydzieści lat istnienia. I tak dalej. Przy czym, gdy już udało nam się dotrzeć i weszliśmy, przez moment byłam mocno skonsternowana, bo to wyglądało totalnie jak sklep z herbatą, a nie miejsce, gdzie można się herbaty napić. Po krótkiej konwersacji z właścicielem udało mi się dowiedzieć, że owszem, można się napić. Pomijając to, że miejsce jest bardzo przyjemne, a zielona herbata okazała się wcale nie być zielona, to było miło. King's Teagarden zostaje jednak wykreślone z mojej listy miejsc do odwiedzenia i ruszę na podbój innych miejsc w Berlinie. I taka wskazówka dla osób zainteresowanych wizytą tam: Nie wysiadajcie na stacji Kurfürstendamm, lecz na Adenauerplatz - z tego ostatniego jest zaledwie kilka kroków i wcale nie trzeba wtedy przejść całego Kudammu. Choć, jeśli chcecie, oczywiście możecie.
Po powrocie z Kudammu kupiliśmy Bubble Tea i wsiedliśmy w pociąg powrotny do Frankfurtu. Odjeżdżał trzy minuty po godzinie moich urodzin. I właśnie ten moment w całym dniu przegapiłam.